Tej nocy spałam mocno i głęboko…

Była 1:00, a ja miałam w głowie już kolejny wpis na bloga. O wadze decyzji w obliczu sytuacji. O tym, że duże będą prawdopodobnie musiały, a takie jak my – będą mogły. O poczuciu odpowiedzialności… i o strachu, który czasem zwodzi na manowce… Wpis był w mojej głowie ładny i ciekawy, a ja leżałam w poczuciu, że być może będziemy (dzięki naszej kameralności i garstkowości spotkań pod banderą sztuki na wynos w krakowskiej siedzibie) – ostatnim bastionem teatralności krakowskiej. Było mi z jednej strony romantycznie, Joanno D’Arcowo, ale i… ciężko. Bo byłaby to jednak odpowiedzialność na nasze barki, może, za ciężka…

Już chciałam pisać… ale była rzeczona pierwsza, i pomyślałam, że zostawię to do jutra. Mimo ciężaru w duszy „tej nocy spałam mocno i głęboko.”

Przyszło jutro… Jutro okazało się być dynamiczne i wykluczające ten etap, gdzie decyzja musiałaby być nasza…

Nie będziemy się z Wami spotykać „na żywo” przez najbliższe dwa tygodnie (lub dłużej, jeśli taka będzie konieczność). Jest nam z tym bardzo dziwnie, zwłaszcza że czas ten trafia w wydarzenie, do którego szykowaliśmy się (w jakimś wymiarze) przez dwa lata… oraz w nasz urodzinowy dzień otwarty. To będzie najsamotniejszy marzec w naszej historii.

20-03-11darutek blog

Ale postaramy się spotykać z Wami inaczej, byście nie zapomnieli… i będziemy pracować dalej, by było do czego wracać, no bo jakże inaczej… w końcu kryzysy to szanse… że się powtórzę z poprzedniego odcinka cyklu dwunastu wpisów inspirowanych cytatami z poszczególnych miniatur „Jestem obok”. Trzymajmy się zdrowo, myślmy o sobie nawzajem ciepło, pomagajmy sobie, i róbmy przez najbliższe dni to, na co zawsze brakowało nam czasu!

słowa: Szefowa

kreska: Szef

Pobiegliśmy. Pomogliśmy.

Na Kraków Business Run trafiliśmy pierwszy raz po znajomości. A raczej fakt znania jednego z organizatorów sprawił, że wiedzieliśmy o Business Runie zanim huczała o nim cała Polska. Tak to już czasem jest, że w odkrywaniu nowych, fantastycznych rzeczy potrzebny jest czasem fart (patrz próba dotarcia do sztuki na wynos).

Ten nasz pierwszy raz był już 5 lat temu, i mówimy o tym nie bez dumy. Byliśmy (dla bezpieczeństwa dorzucę chyba) pierwszym teatrem, który pobiegł z Business Runem w Krakowie. Od tamtego czasu upletliśmy wokół Business Runu kilka tradycji.

  1. Postanowiliśmy, że będziemy otwierać sezon sztuki… w Business Runowy weekend, i będziemy to robić naszym chyba najbardziej rozbieganym, i najbardziej biznesowym spektaklem – „Postrzałem”. Przyznam się szczerze, że za każdym razem, gdy wieczorem, po biegu, staję na scenie i dogrywam spektakl do końca, czuję dziką satysfakcję, że dałam radę, nie padłam i mam poczucie, że ta moc nie opuści sztuki aż do kolejnego września.
  2. Zdecydowaliśmy, że procent z wpływów z biletów otwierającego weekendu (w tym roku 25) przekazujemy na akcję towarzyszącą Poland Business Run POMAGAM BARDZIEJ. W ten sposób, dzięki Wszystkim Wam / tym, którzy poczuli pociąg do wrześniowego Postrzału, udało nam się pomóc bardziej i zająć… uwaga, bo to jest istne szaleństwo! TRZYNASTE (13) MIEJSCE W KRAKOWSKIEJ EDYCJI POMAGAM BARDZIEJ 2018 łohoho uuuu haha tralalala i dziękujemy
  3. Biega z nami WIDZ i to jest tradycja, która zrodziła się z przypadku… Kiedy w pierwszym roku, sztafetę rozbiła nam kontuzją, na chwilę przed biegiem zostaliśmy poratowani przez naszego Widza (a wtedy jeszcze dodatkowo biznesowego sąsiada, z lokalu, w którym teraz jest m.in. nasza winylarnia).

20180910_101447

Mam wielką nadzieję, że będziemy sobie tak dalej wspólnie trwać Business Run i sztuka… Rozrastamy się oboje, staramy sobie nawzajem pomagać i cieszyć się tym, że robimy to, co dla nas ważne i staramy się to robić razem. Ta idea przekazywanej pałeczki jest po prostu dobra na każdej możliwej płaszczyźnie, i chyba nie trzeba tego tłumaczyć słowami… Wszystko płynie, przychodzi nowe, zmienia się, czasem powraca po kolejnym zakręcie… grunt, żeby nie upuścić pałeczki, i wtedy można po prostu biec dalej, nawet jeśli z kolką.

DZIĘKUJEMY!

Słowo: Szefowa

Kreska: Szef

Gdyby nie zło – nie byłoby magii.

czyli nie ma tego złego… chociaż jednak trochę żal, ale jak żal, jeśli była magia

Na sztukonawynosowym afiszu widnieje m.in. spektakl „Nie budźcie mnie” autorstwa i w reżyserii Bogdana T. Graczyka. To spektakl pisany z myślą o naszej dwójce (Szefie i mnie), ze Sceną Pokój i sztuką na wynos  w głowie. Trudno powiedzieć, jak wielki miało to wpływ na jego kształt i jak bardzo przesiąknięci jesteśmy sobą nawzajem. Niezależnie od tego, to podróż dla mnie każdorazowo wyjątkowa; spektaklowa wędrówka, która zasysa do wnętrza rzeczywistość i zmienia znaczenia, jak szkiełka w kalejdoskopie zmieniają  się zawsze w nowy obraz. I choć teatr zawsze jest „muszką jednodniówką” i jest to po prostu jego naturą, to mam wrażenie, że „Nie budźcie mnie” podnosi tę cechę Melpomeny do potęgi.

Scena Pokój ma 13 regularnych miejsc na widowni, ale już na samym początku powiedzieliśmy sobie z Szefem, że będziemy grać od 1 do 13. Nie chcieliśmy, by zanim ktokolwiek dowie się o istnieniu stacjonarnej części sztuki na wynos, zanim poczta pantoflowa rozniesie w świat wieści o tym co i jak robimy, by nasi Goście (Ci pierwsi, Kolumbowie snw) odbili się od klamek, bo „nikt inny nie wpadł na podobny pomysł”. Graliśmy nasze spektakle w każdej konfiguracji od 1 do 13+, zdarzało się nam być w przewadze liczebnej, zdarzyło się też, że ktoś poprosił o przeniesienie biletu, gdy dowiedział się, że będzie na widowni sam(-a). Zdarzało  nam się czekać na dzwonek do domofonu, w pełnej gotowości do 19:30 i w kuchni popijać herbatę z cynamonem lub wino, połykając łzę po niezagranym spektaklu. Zdarzało nam się też, podjąć decyzję, by nie grać, jeśli w dniu spektaklu nie było żadnego Gościa na horyzoncie… Gdy jednak była choć jedna rezerwacja… – my byliśmy w gotowości…

Przed kwietniowym, poniedziałkowym „Nie budźcie…” mieliśmy pięć rezerwacji – to była grupa. W ciągu dnia, na godzinkę czy dwie przed spektaklem sprzedała się jeszcze jedna samotna eWejsciowka – intruz w tej zapowiedzianej wspólnocie znajomych. Te konstelacje Widzów, to w ogóle dość ciekawy u nas temat. Wszak 5 osób to prawie 40% widowni, i tu nagle taki Obcy. Jakie sojusze, jakie niezrozumienia pojawią się po drugiej stronie sceny… czasem zadajemy sobie takie pytania…

Pan A. przybył dość wcześnie, skorzystał z faktu, że otwieramy się na godzinę przed spektaklem. Zasiadł w naszej WINYLARNI i dość szybko przestał być „Obcym”. Zdumiewają nas nasi Goście. A. przyjechał do Krakowa na maraton, A. był spoza granic (nie tylko miasta). Długo siedział sam… W niedzielę biegł 40 km po Krakowie, w poniedziałek przybył do nas… Na kilka minut przed spektaklem zaczęliśmy odsądzać od czci tych, którzy przychodzą do teatru na ostatnią chwilę. Potem zaczęliśmy przeklinać tych, którzy bez słowa, po prostu nie przychodzą do teatru i nie zasiadają na zarezerwowanych miejscach… A. w niedzielę biegał wśród tysięcy… a w poniedziałek zasiadł na widowni SAM. Chwila skupienia i jedno ściemnienie, by otrząsnąć się z oblepienia tym złem ignorancji (jak wtedy myśleliśmy) i … Aaaaa Eeeee Iiiiii Ooooo Uuuuu Yyyy – zaczęliśmy wydobywać z siebie pierwsze dźwięki spektaklu… Na 200 m kwadratowych sztuki byliśmy w piątkę – Światło, Dźwięk, A- i B- na scenie, a pomiędzy nami nie obcy już Gość – teatralny Maratończyk „A.” …

To był lot. Takie rzeczy zostają w aktorskiej duszy na zawsze. Do takich momentów wraca się, kiedy mozół tego zawodu, zwątpienia i niezrozumienia, drapią duszę tak, że człowiek się boi „że zaraz ci w końcu to miejsce zdrętwieje, i nic nie będziesz czuć”. Ku takim chwilom spogląda Szefostwo, gdy sztukę próbuje atakować zło…

słowa: Szefowa

kreska: Szef